piątek, 9 maja 2014

Rozdział 2

Coś boleśnie ścisnęło mnie w sercu. Nie było to przeczucie. Był to najszczerszy strach. Strach przed utratą osób mi naprawdę ważnych.
-Ten Astaroth musi być na serio przystojny-stwierdził Xavier.
-Hm?-Byłam tak daleko moimi myślami, że zapomniałam o tym, że był przecież ktoś jeszcze.
-Ma nietypową urodę-stwierdziłam.
-Czyli nieurodziwy?
Wzięłam wdech. Nie miałam zamiaru mu tego tłumaczyć. Astaroth nie wyglądał jak chłopcy z naszego wymiaru. Pozornie owszem, ale widziałam, co go różniło od innych. Był wysoki i muskularny, no i miał ciemne włosy. Mnóstwo ciemnych jak smoła loków. No ale takich chłopaków na świecie jest mnóstwo. Ale było kilka szczegółów. Po pierwsze, Astaroth miał na ciele setki blizn i jeszcze więcej tatuaży o nieznanym nikomu znaczeniu i długie kościste palce, zakończone niewiele krótszymi czarnymi paznokciami. Po drugie, jego skóra nie miała typowo ludzkiego odcieniu. Była sina, a pod oczami wręcz granatowa. No i najważniejsze. Zazwyczaj paradował w swoim ,,wyjściowym” kamuflażu. Udawał ślepego, choć tak naprawdę widział o wiele więcej i dalej niż każdy inny w każdym innym świecie. Kilka razy widziałam jego twarz bez kamuflażu (poza moimi dziwnymi snami). I to co odróżniało Astarotha od innych, było to, że kiedyś wykłuto mu oczy.
A więc pozostawało pytanie, które mogłaby zadać każda płytka nastolatka. Jak można zakochać się w kimś takim?
Odpowiedź jest banalna. To po prostu się dzieje.
-Zobaczysz jak go spotkasz-powiedziałam do Xaviera, koncentrując się na tym, żeby po prostu nie myśleć za wiele.
Po pewnym czasie popadłam w otępienie zatopiona we wspomnieniach o mojej rodzinie. Nie widziałam ich tak długo, że omal o nich zapomniałam. O mamie, która zawsze marudziła, że nie posprzątałam w pokoju. O tacie, który pali papierosy jak smok i denerwował się artykułami w gazecie. O Caroline, mojej starszej siostrze, która namawiała mnie na podwójne randki. I o Megan. Małej rudej siostrzyczce, bawiącej się lalkami pod drzwiami mojego pokoju.
Tęskniłam za nimi. Nawet nie wiedziałam, co się z nimi teraz działo. Czy byli bezpieczni? Zniknęłam bez żadnego pożegnania czy wiadomości. Wszystko po to, by ich chronić przed potworami, które ścigały mnie teraz.
-Tama Jeffersona-zaanonsował Xavier.
Chciałam wyskoczyć z auta, ale przytrzymał mnie pas, o którym zapomniałam. Obtarł mi odrobinę ramię, nim go odpięłam i w kilku susach doskoczyłam Astarotha. Ulżyło mi, kiedy dowiedziałam się, że i jego siostrze nic się nie stało. On jednak mimo tego, że był pozornie ślepy wyczuł moje obrażenia-głównie przez zapach krwi.
-Co się stało?-Spytał. Miał niski i głęboki głos, który zdecydowanie pasował do jego postaci.
-Umbry. Nie widziałeś ich?
-Nie. Ciebie też przez jakiś czas nie mogłem zlokalizować… Kim on jest-skinął głową na Xaviera.
-Podwiózł mnie. Powiedzmy, że wpakowałam go w kłopoty.
Astaroth pokręcił jedynie głową i rozczochrał mi pieszczotliwie ciemne włosy.
-A skąd krew?
-Jestem okropnym kierowcą.
-To nie on miał prowadzić?
-Przestań być taki dociekliwy. Mieliśmy wypadek i on stracił przytomność.
Westchnął i przytulił mnie do siebie.
-Ostatni raz zostawiam cię samą.
-To był twój pomysł, żebym uciekła sama przed Umbrami.
-Udało nam się ich odciągnąć-wtrąciła Junona.
-Tak, a ja miałam tylko tu dotrzeć.
-Ostatni raz miałem tak głupi pomysł-stwierdził Astaroth i znów rozczochrał mi włosy.-W takim razie, możemy jechać dalej, tak?
-A co ze mną? Ta wasza mała ślicznotka mnie w to wpakowała-zawołał Xavier.
-Tak, wiemy. Wsiadaj, Astaroth i Willow pojadą moim autem.
Bez zawahania wsiadłam do czarnego porsche Junony, którym podróżowaliśmy ostatni miesiąc. Wcześniej było volvo, jeep i mercedes.
-Gdzie jedziemy-spytałam, opierając się czołem o chłodną szybę.
-Do hotelu. Kilkanaście kilometrów stąd. Za jakieś pół godziny powinniśmy tam dotrzeć-wyjaśnił mi spokojnie.
Skinęła jedynie głową.
-Musisz być zmęczona.
-Nie spałam przez ostatnie dwie doby. Ale wytrzymam do czasu, aż znajdziemy się w hotelu, z ciepłymi łóżkami i wodą. I będę mogła ubrać coś innego niż te przepocone ciuchy. Zresztą twoja bluza wciąż jest na mnie za duża.
Uśmiechnął się.
-Zamienisz moją bluzę na hotelowy szlafrok za mniej niż pół godziny-zapewnił.
-Skoro jesteś ślepy jak możesz prowadzić?
-Wiesz, że wyczuwam inne rzeczy. To jak podczerwień, ale działa też na przedmioty.
-Wyczuwasz i słyszysz, co się dzieje gdziekolwiek na świecie.
-Prawie wszystko-sprostował.
-Jak to prawie?
-Niektórzy potrafią się przede mną chować.
-Na długo?
-Wystarczająco.
Uniosłam brwi. Jasne było, że nie chciał mi udzielić odpowiedzi na to pytanie.
-Czy w tym hotelu będzie internet?-Spytałam, chcąc zmienić temat. Astaroth uniósł na moment brwi i skinął głową.
-Tak, raczej tak. Dlaczego pytasz?
-Chcę sprawdzić kilka artykułów.
-Jakich?
Zagryzłam wargi i spuściłam wzrok. Nie chciałam mu mówić czego miałam zamiar poszukać.
Astaroth uścisnął moją dłoń, nie odrywając wzroku od szosy.
-Nie musisz mówić. Tylko obiecaj, że nie wpakujesz się w kłopoty, dobrze?
-Po tym, co działo się przez ostatnie cztery dni, nie marzę o niczym innym jak odrobina spokoju. Ale muszę coś sprawdzić.-Przetarłam oczy i ziewnęłam przeciągle. W tym samym momencie dostrzegłam kątem oka, że Astaroth uśmiecha się kpiarsko.-Co?
-Jak ziewasz jeszcze bardziej przypominasz dziecko.
-Nie jestem dzieckiem-zaprzeczyłam bełkotliwie.
-Masz piętnaście lat, czyli…
-Och, przestań!-Zawołałam.-Tutaj jestem już prawie dorosła.
-Ale nie dla mnie.
-Dlaczego?
Ściągnął brwi.
-To nie takie proste.
-To właśnie jest proste. Uważasz, że jestem wystarczająco dorosła, żebym mogła uciekać przed potworami z innego wymiaru! Wystarczająco dorosła do tego, żeby namieszać mi w głowie, ale nie wystarczająco dorosła, żeby…-Przerwałam tylko dlatego, że porsche stanęło. Spojrzałam się na Astarotha, który uparcie wpatrywał się w drogę.
-Dlaczego nie możesz zrozumieć, że…
-Że co?
-Że to, co się stało w bibliotece było błędem!
-Błędem-powtórzyłam piskliwie. Nasz pocałunek był błędem?-Czemu?-Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że wypowiedziałam moje pytanie na głos.
-Bo tego nie chciałem.
Gdybym stała, po prostu upadłabym na ziemię. Nogi zrobiły mi się miękkie, a serce ścisnęło się boleśnie. Miałam szczerą ochotę zacząć wrzeszczeć i płakać. Wiedziałam jednak, że to nie odpowiednia pora.
Otworzyłam drzwiczki i wyszłam na świeże powietrze. No pięknie, zrobiłam z siebie kompletną idiotkę.
Przeszył mnie zimny dreszcz, ale po ostatnich kilku dniach przyzwyczaiłam się do tego. W końcu moje jedyne okrycie to za duża bluza.
Usłyszałam trzask drzwi auta, ale nie kroków, więc nie wiedziałam, jak daleko ode mnie był Astaroth.
Przełknęłam ślinę i otarłam łzy z policzków.
-Powinniśmy już jechać do hotelu.-Powiedziałam, choć ledwo było to słychać.
-Willow…

-Nic mi nie jest.-Wsiadłam z powrotem do auta.-To przecież tylko błąd-szepnęłam do siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz