Coś
boleśnie ścisnęło mnie w sercu. Nie było to przeczucie. Był to najszczerszy
strach. Strach przed utratą osób mi naprawdę ważnych.
-Ten
Astaroth musi być na serio przystojny-stwierdził Xavier.
-Hm?-Byłam
tak daleko moimi myślami, że zapomniałam o tym, że był przecież ktoś jeszcze.
-Ma
nietypową urodę-stwierdziłam.
-Czyli
nieurodziwy?
Wzięłam
wdech. Nie miałam zamiaru mu tego tłumaczyć. Astaroth nie wyglądał jak chłopcy
z naszego wymiaru. Pozornie owszem, ale widziałam, co go różniło od innych. Był
wysoki i muskularny, no i miał ciemne włosy. Mnóstwo ciemnych jak smoła loków.
No ale takich chłopaków na świecie jest mnóstwo. Ale było kilka szczegółów. Po
pierwsze, Astaroth miał na ciele setki blizn i jeszcze więcej tatuaży o
nieznanym nikomu znaczeniu i długie kościste palce, zakończone niewiele
krótszymi czarnymi paznokciami. Po drugie, jego skóra nie miała typowo ludzkiego
odcieniu. Była sina, a pod oczami wręcz granatowa. No i najważniejsze.
Zazwyczaj paradował w swoim ,,wyjściowym” kamuflażu. Udawał ślepego, choć tak
naprawdę widział o wiele więcej i dalej niż każdy inny w każdym innym świecie.
Kilka razy widziałam jego twarz bez kamuflażu (poza moimi dziwnymi snami). I to
co odróżniało Astarotha od innych, było to, że kiedyś wykłuto mu oczy.
A
więc pozostawało pytanie, które mogłaby zadać każda płytka nastolatka. Jak
można zakochać się w kimś takim?
Odpowiedź
jest banalna. To po prostu się dzieje.
-Zobaczysz
jak go spotkasz-powiedziałam do Xaviera, koncentrując się na tym, żeby po
prostu nie myśleć za wiele.
Po
pewnym czasie popadłam w otępienie zatopiona we wspomnieniach o mojej rodzinie.
Nie widziałam ich tak długo, że omal o nich zapomniałam. O mamie, która zawsze marudziła,
że nie posprzątałam w pokoju. O tacie, który pali papierosy jak smok i
denerwował się artykułami w gazecie. O Caroline, mojej starszej siostrze, która
namawiała mnie na podwójne randki. I o Megan. Małej rudej siostrzyczce,
bawiącej się lalkami pod drzwiami mojego pokoju.
Tęskniłam
za nimi. Nawet nie wiedziałam, co się z nimi teraz działo. Czy byli bezpieczni?
Zniknęłam bez żadnego pożegnania czy wiadomości. Wszystko po to, by ich chronić
przed potworami, które ścigały mnie teraz.
-Tama
Jeffersona-zaanonsował Xavier.
Chciałam
wyskoczyć z auta, ale przytrzymał mnie pas, o którym zapomniałam. Obtarł mi
odrobinę ramię, nim go odpięłam i w kilku susach doskoczyłam Astarotha. Ulżyło
mi, kiedy dowiedziałam się, że i jego siostrze nic się nie stało. On jednak
mimo tego, że był pozornie ślepy wyczuł moje obrażenia-głównie przez zapach
krwi.
-Co
się stało?-Spytał. Miał niski i głęboki głos, który zdecydowanie pasował do
jego postaci.
-Umbry.
Nie widziałeś ich?
-Nie.
Ciebie też przez jakiś czas nie mogłem zlokalizować… Kim on jest-skinął głową
na Xaviera.
-Podwiózł
mnie. Powiedzmy, że wpakowałam go w kłopoty.
Astaroth
pokręcił jedynie głową i rozczochrał mi pieszczotliwie ciemne włosy.
-A
skąd krew?
-Jestem
okropnym kierowcą.
-To
nie on miał prowadzić?
-Przestań
być taki dociekliwy. Mieliśmy wypadek i on stracił przytomność.
Westchnął
i przytulił mnie do siebie.
-Ostatni
raz zostawiam cię samą.
-To
był twój pomysł, żebym uciekła sama przed Umbrami.
-Udało
nam się ich odciągnąć-wtrąciła Junona.
-Tak,
a ja miałam tylko tu dotrzeć.
-Ostatni
raz miałem tak głupi pomysł-stwierdził Astaroth i znów rozczochrał mi włosy.-W
takim razie, możemy jechać dalej, tak?
-A
co ze mną? Ta wasza mała ślicznotka mnie w to wpakowała-zawołał Xavier.
-Tak,
wiemy. Wsiadaj, Astaroth i Willow pojadą moim autem.
Bez
zawahania wsiadłam do czarnego porsche Junony, którym podróżowaliśmy ostatni
miesiąc. Wcześniej było volvo, jeep i mercedes.
-Gdzie
jedziemy-spytałam, opierając się czołem o chłodną szybę.
-Do
hotelu. Kilkanaście kilometrów stąd. Za jakieś pół godziny powinniśmy tam
dotrzeć-wyjaśnił mi spokojnie.
Skinęła
jedynie głową.
-Musisz
być zmęczona.
-Nie
spałam przez ostatnie dwie doby. Ale wytrzymam do czasu, aż znajdziemy się w
hotelu, z ciepłymi łóżkami i wodą. I będę mogła ubrać coś innego niż te
przepocone ciuchy. Zresztą twoja bluza wciąż jest na mnie za duża.
Uśmiechnął
się.
-Zamienisz
moją bluzę na hotelowy szlafrok za mniej niż pół godziny-zapewnił.
-Skoro
jesteś ślepy jak możesz prowadzić?
-Wiesz,
że wyczuwam inne rzeczy. To jak podczerwień, ale działa też na przedmioty.
-Wyczuwasz
i słyszysz, co się dzieje gdziekolwiek na świecie.
-Prawie
wszystko-sprostował.
-Jak
to prawie?
-Niektórzy
potrafią się przede mną chować.
-Na
długo?
-Wystarczająco.
Uniosłam
brwi. Jasne było, że nie chciał mi udzielić odpowiedzi na to pytanie.
-Czy
w tym hotelu będzie internet?-Spytałam, chcąc zmienić temat. Astaroth uniósł na
moment brwi i skinął głową.
-Tak,
raczej tak. Dlaczego pytasz?
-Chcę
sprawdzić kilka artykułów.
-Jakich?
Zagryzłam
wargi i spuściłam wzrok. Nie chciałam mu mówić czego miałam zamiar poszukać.
Astaroth
uścisnął moją dłoń, nie odrywając wzroku od szosy.
-Nie
musisz mówić. Tylko obiecaj, że nie wpakujesz się w kłopoty, dobrze?
-Po
tym, co działo się przez ostatnie cztery dni, nie marzę o niczym innym jak
odrobina spokoju. Ale muszę coś sprawdzić.-Przetarłam oczy i ziewnęłam
przeciągle. W tym samym momencie dostrzegłam kątem oka, że Astaroth uśmiecha
się kpiarsko.-Co?
-Jak
ziewasz jeszcze bardziej przypominasz dziecko.
-Nie
jestem dzieckiem-zaprzeczyłam bełkotliwie.
-Masz
piętnaście lat, czyli…
-Och,
przestań!-Zawołałam.-Tutaj jestem już prawie dorosła.
-Ale
nie dla mnie.
-Dlaczego?
Ściągnął
brwi.
-To
nie takie proste.
-To
właśnie jest proste. Uważasz, że jestem wystarczająco dorosła, żebym mogła
uciekać przed potworami z innego wymiaru! Wystarczająco dorosła do tego, żeby
namieszać mi w głowie, ale nie wystarczająco dorosła, żeby…-Przerwałam tylko
dlatego, że porsche stanęło. Spojrzałam się na Astarotha, który uparcie
wpatrywał się w drogę.
-Dlaczego
nie możesz zrozumieć, że…
-Że
co?
-Że
to, co się stało w bibliotece było błędem!
-Błędem-powtórzyłam
piskliwie. Nasz pocałunek był błędem?-Czemu?-Nawet nie zdawałam sobie sprawy z
tego, że wypowiedziałam moje pytanie na głos.
-Bo
tego nie chciałem.
Gdybym
stała, po prostu upadłabym na ziemię. Nogi zrobiły mi się miękkie, a serce
ścisnęło się boleśnie. Miałam szczerą ochotę zacząć wrzeszczeć i płakać.
Wiedziałam jednak, że to nie odpowiednia pora.
Otworzyłam
drzwiczki i wyszłam na świeże powietrze. No pięknie, zrobiłam z siebie
kompletną idiotkę.
Przeszył
mnie zimny dreszcz, ale po ostatnich kilku dniach przyzwyczaiłam się do tego. W
końcu moje jedyne okrycie to za duża bluza.
Usłyszałam
trzask drzwi auta, ale nie kroków, więc nie wiedziałam, jak daleko ode mnie był
Astaroth.
Przełknęłam
ślinę i otarłam łzy z policzków.
-Powinniśmy
już jechać do hotelu.-Powiedziałam, choć ledwo było to słychać.
-Willow…
-Nic
mi nie jest.-Wsiadłam z powrotem do auta.-To przecież tylko błąd-szepnęłam do
siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz