,,Miłość jest luksusem,
na który możesz sobie pozwolić dopiero wtedy, kiedy twoi wrogowie zostaną
wyeliminowani. Do tego czasu wszyscy, których kochasz to zakładnicy, wysysający
z ciebie odwagę i nie pozwalający ci podejmować rozsądnych decyzji.”
Orson
Scott Card ,,Empire”
Przeszłam
przez jedną z licznych ciemnych uliczek. Żałowałam, że nie miałam przy sobie
latarki, bo wszystkie latarnie nade mną gasły-dosłownie. Ale po piętnastu
latach dało się przyzwyczaić, że jest się dziwadłem.
-Hej!
Czekaj!-wrzasnęłam za jakimś chłopakiem, który wsiadał do auta. Odwrócił się do
mnie i uniósł brwi.
-Stało
się pani coś?-Spytał uprzejmie, ale jego egoistyczna natura i tak była widoczna
dla moich oczu.
-Nie…
Tak…-Wzięłam wdech. Potrzebowałam transportu, ale nie do końca wiedziałam, jak
to zrobić. Pomyśl, nakazałam sobie, jak by postąpił Astaroth. –Po prostu nie
wierzę, że to robię-szepnęłam do siebie, podchodząc do chłopaka.-Potrzebuję
transportu-stwierdziłam chłodno.
-Nie
jestem taksówkarzem-warknął.
Mówiłam,
że to egoista? Przecież ja chcę tylko, żeby mnie podwiózł!
Znów
wzięłam wdech, gotowa poszukać kogoś milszego, gdy przypomniało mi się o
prezencie od Junony. Nigdy nie sądziłam, że będę na tyle zdesperowana, by użyć
czegoś tak okropnego.
Wzięłam
wdech i wycelowałam pistolet między oczy chłopaka, którego imienia nie znałam.
Nie chciałam mu zrobić krzywdy, ale musiałam dostać się pod tamę.
-To
nie była prośba.-Głos mi się trząsł nie tyle co z zimna jak ze strachu.-Wsiadaj
do auta i zawieź mnie tam gdzie poproszę-warknęłam.
-Jasne.-Chłopak
cofnął się kilka kroków z uniesionymi dłońmi.-Tylko spokojnie.
Jasne,
łatwo mówić, gdy jesteś całkowicie bezbronny, uciekając przed monstrami prosto
z piekła.
-Wsiadaj
do tego cholernego gruchota-szepnęłam, żeby głos mi się nie trząsł. Niestety,
to nic nie dało.
Nie
wiem skąd się tam wziął, ale zza rogu wysunął się jeden z Umbr. Umbre to
tłumacząc z łaciny cienie-stąd ich nazwa. To potwory, których pochodzenie nie
jest do końca znane, i są jak już wspomniałam cieniami. Nie takimi jak
posiadają ludzie. Byli resztkami Dusz-i od razu zaznaczę, tu nie chodzi o
religię, tylko o stworzenia, które zostały w jakiś sposób ukarane, za złe czyny
i aby odkupić szukają innych, którzy zawinili, by i oni mogli odkupić winy. Po
zebraniu stu takich Dusz- w naszym języku winowajców-byli znów wolni.
Tak,
wiem, że to skomplikowane.
Tak
czy inaczej parę miesięcy temu wpakowałam się w bagno z ich udziałem. Tak się
składa, że szukają Astarotha. On zaś znalazł mnie i nie wiem po co mu byłam
potrzebna, ale przez niego musiałam uciekać przed Umbrami. I on i jego siostra mnie bronili przed nimi (w zasadzie to tylko
Junona, bo mówiła, że Astaroth nie może tracić nad sobą kontroli. Jak dla mnie,
to on był bezbronny.), tylko że teraz… Teraz byłam sama i musiałam dostać się
pod tamę.
Odwróciłam
się mimowolnie do Umbry. Napawał mnie przerażeniem. Tyle się nasłuchałam o nich
opowieści. O ich okrutnych sposobach zabijania i o tym jak ponoć się czujesz,
stając się jednym z nich.
Kątem
oka dostrzegłam, że chłopak obok mnie również przygląda się temu czemuś. Zwykle
ludzie tego nie widzą, ale gdy byli w moim pobliżu często dziwnie na nich
działałam.
Wysoka
i ciemna postać sunęła powoli w moimi kierunku. Junona mówiła mi o tym
manewrze. Działało to paraliżująco na ofiarę i pozwalało zaatakować bez
przeszkód.
Broń
wypadła mi z rąk i mogłam już tylko wpatrywać się w przerażającą postać.
Nie
wiem kiedy, bo monstrum przebyło dzielący nas odcinek z porażającą prędkością,
zobaczyłam jego twarz zazwyczaj niewidoczną pod osłoną cienia. Białą z parą
czarnych ślepi i czerwonych ust z mnóstwem ostrych zębisk.
Długie
palce demona zacisnęły się na moich ramionach, a czarne ślepia wpatrywały się w
moje oczy. Nie miałam czasu nawet zacząć się bać. Jedyne, co zdołałam
zaobserwować, że to o czym mi mówili było nieprawdą. Nie czułam bólu. Nie
miałam wrażenia, że płonę na stosie lub że ktoś obdziera mnie ze skóry. Czułam
się… pusta. Tak, to chyba odpowiednie słowo. Czułam, jak ulatują ze mnie
wszystkie uczucia. Wspomnienia, które kiedyś przepełnione były radością, nie
ważne jak błahe-pierwsza lalka barbie, którą pomalowałam flamastrem, pierwsza
szóstka w szkole lub to jak pierwszy raz słuchałam ulubione piosenki-aż po
naprawdę ważne-narodziny mojej siostry, poznanie pierwszych przyjaciół albo
pierwszy pocałunek, ku lekkiej ironii z Astarothem właśnie-stały się zimne.
Puste.
I
gdy byłam pewna, że to już koniec i resztki mojego ciepła, którym darzyłam moją
rodzinę i każdą bliską mi osobę, Umbr opadł z sił i osunął się na ziemię. Mimo
mej wątłej wiedzy o tych stworzeniach i wszystkiego, co dotyczyło wymiaru, z
którego pochodziły, wiedziałam, że tak nie powinno być.
Nie
wiem, czy to adrenalina, czy instynkt samozachowawczy (a może obie te rzeczy
naraz), ale coś kazało mi zwiewać.
W
dwu susach doskoczyłam samochodu i spojrzałam się na chłopaka.
-Wsiadaj-syknęłam
w stronę chłopaka, sama nie czekając na zaproszenie.
-Co
to było-szepnął, odpalając silnik. Ręce mu się trzęsły i co chwilę patrzył w
tył.
-Jakbym
ci powiedziała nie uwierzyłbyś mi.
-Widziałem
jak jakiś Dementor wysysał z ciebie życie!-Wrzasnął.
-To
nie stwór z Harry’ego Pottera, jasne? To stworzenie, które… Okej, to coś chce
nas zabić, a raczej zrobić z nas takie coś jakimi są oni sami. Nic więc nie
musisz wiedzieć. Jedyne na czym powinieneś się skupić, to to żeby dowieść mnie
w miejsce, które ci wskażę.
-Gdzie?
-Tama
Jeffersona.
-To
dwa dni drogi stąd!
-Masz
tam jechać, czy to dla ciebie jasne? Nic więcej, a mogę ci zagwarantować, że
nic ci się nie stanie.
-Nawet
nie wiem, kim jesteś.
-Willow.
-Xavier.
Serce
z każdą minutą biło mi coraz szybciej. Miałam dziwne przeczucie, że to jeszcze
nie koniec. Oczywiście wiedziałam, że to się nie skończy, po tym jak w końcu
dołączę do Junony i Astarotha. Moje przeczucie dotyczyło jednak tego, co zdarzy
się przed moim dotarciem do tamy.
-Dlaczego
akurat tama-zapytał Xavier po dłuższej chwili milczenia.-Co tam na ciebie
czeka?
Nie
miałam ochoty mu odpowiadać, bo im więcej informacji on posiadał, w tym
większym niebezpieczeństwie był.
-Nie
powinieneś tego wiedzieć.
-Słuchaj,
nie chcę, żeby się okazało, że wiozę tam cię tylko po to, że coś ci się wydaje.
Nie będę ryzykował życia dla jakieś babki.
-Nic
mnie nie interesuje, co sobie myślisz. Jeśli nie będę przy tamie za dwa dni, to
Umbry będą twoim najmniejszym problemem!-Myśl o tym, co Junona mogłaby zrobić w
razie mojej śmierci na prośbę swojego brata, przyprawiała mnie o dreszcze.
-Kto
tam będzie?
-Astaroth
i Junona.
-Nie
zmyślaj, co? Którzy rodzice nazwaliby tak swoje dzieci?
W
zasadzie to moi towarzysze mieli około trzech tysięcy lat i pochodzili z innego
wymiaru.
-Oni
nie są stąd.-Odparłam.
Chłopak
spojrzał się na mnie.
-Skąd?
Kosmici? UFO? Coś tego typu?
-Raczej…
Nie mogę ci tego wytłumaczyć. Ja sama nie znam odpowiedzi. Proszę, po prostu
jedź, dobrze?
-Jak
sobie chcesz-mruknął i docisnął gaz do dechy.
Większość
drogi po prostu nic się nie działo. Jechaliśmy pustą szosą i przez chwilę nawet
wierzyłam, że może jednak wszystko pójdzie dobrze.
Ale
na nadziejach się skończyło.
Była
już noc, a Xavier wciąż jechał-nie mogliśmy sobie pozwolić nas postoje. Ja już
odrobinę przysypiałam, więc nie zwracałam na nic uwagi. Był to idealny moment
by zaatakować i żaden Umbr nie przegapiłby takiej okazji.
Myślami
nawet przez moment nie opuściłam tamy Jeffersona. Nie mogłam się doczekać, jak
zobaczę Junonę i Astarotha.
I
wtedy uderzyliśmy o coś. Przez to, że nie zapięłam pasów uderzyłam głową o
przednią szybę i po mojej skroni spłynęłam ciepła krew, zmniejszając moją i tak
niewielką widoczność.
Odwróciłam
twarz do Xaviera, ale on był nieprzytomny.
-Matko
Boska-wyszeptałam, starając się przeciągnąć chłopaka na tylne siedzenia. Gdy mi
się udało, sama zasiadłam za kółkiem. To co najpierw? Gaz i sprzęgło? A może
sprzęgło i gaz? A co z biegami?
Okej,
Willow uspokój się. Nie zapomnij o oddychaniu!
No
dobra. Kluczyki? To teraz sprzęgło. Dobrze, spokojnie. Wrzuć bieg, a potem puść
sprzęgło i wciśnij gaz.
Udało
mi się. Byłam najgorszym kierowcą na świecie, ale mi się udało!
Pewnie
gdyby nie lampy, nigdy nie zobaczyłabym, tego ile Umbr nas otacza. Całe setki i
przybywało ich coraz więcej.
No
to gaz do dechy. Jeśli się zabiję to przynajmniej nie zostanę jednym z nich.
-Chryste,
jakim cudem inni potrafią prowadzić-mruknęłam, starając się zapanować nad
kierownicą. Co jakiś czas zerkałam nerwowo w lusterko, patrząc jak wiele Cieni
mnie goni. Było ich za wiele, byśmy mogli wygrać.
Na
szczęście ja nie chciałam wygrać. Chciałam przeżyć.
Gdyby
to było możliwe docisnęłabym gaz, bo te stwory były naprawdę cholernie szybkie.
Jedyne na co jednak mogłam liczyć to wschód słońca. Z jakiegoś powodu się go
bały, ale nigdy nie miałam śmiałości o wypytywanie więcej niż chcieli mi
powiedzieć towarzysze.
Tak
czy inaczej wschód był przychylny i blask słońca zagościł na niebie szybciej
niż zwykle.
Koło
południa Xavier się obudził.
-Jesteś
okropnym kierowcą-stwierdził.
-To
ty się rozbiłeś-odparłam ze spokojem.
-Gdzie
jesteśmy?
-O
ile się nie mylę to dwie godziny drogi od tamy Jeffersona, ale nigdy nie byłam
perłą z geografii.
-Jasne.
Mogę poprowadzić? Jeszcze znów się rozbijemy.-Czyżbym słyszała w jego głosie
panikę?
-Oczywiście.-Naturalnie
zbyt gwałtownie wcisnęłam hamulec i znów uderzyłam czołem o szybę, co jedynie
poszerzyło poprzednią ranę. Adrenalina jednak wciąż robiła swoje i nie czułam
bólu.
-Masz
w ogóle prawo jazdy?
-Nie.
Astaroth dał mi lekcję.
-Jedną?
-Tak.-Przesiadłam
się na miejsce pasażera i tym razem zapięłam pas. Ciekawa byłam, co teraz się
działo z Junoną i Astarothem. Czy nic im nie było? Czy ich też zaatakowano,
dlatego nie mogli mi pomóc? Dlaczego nie zobaczyli, że mam kłopoty, choć
Astaroth przyrzekł mnie obserwować i dopilnować, żebym żywa dotarła pod tamę?
Dość ciekawie się zaczyna. Zobaczymy co dalej :D
OdpowiedzUsuńHej! Masz betę? Jeżeli nie chętnie wzięłabym się za twoje opowiadanie :)
OdpowiedzUsuńAlicja
kikyo.beta@gmail.com