poniedziałek, 5 maja 2014

Rozdział 1
















,,Miłość jest luksusem, na który możesz sobie pozwolić dopiero wtedy, kiedy twoi wrogowie zostaną wyeliminowani. Do tego czasu wszyscy, których kochasz to zakładnicy, wysysający z ciebie odwagę i nie pozwalający ci podejmować rozsądnych decyzji.”
                                                                                         Orson Scott Card ,,Empire”
























Przeszłam przez jedną z licznych ciemnych uliczek. Żałowałam, że nie miałam przy sobie latarki, bo wszystkie latarnie nade mną gasły-dosłownie. Ale po piętnastu latach dało się przyzwyczaić, że jest się dziwadłem.
-Hej! Czekaj!-wrzasnęłam za jakimś chłopakiem, który wsiadał do auta. Odwrócił się do mnie i uniósł brwi.
-Stało się pani coś?-Spytał uprzejmie, ale jego egoistyczna natura i tak była widoczna dla moich oczu.
-Nie… Tak…-Wzięłam wdech. Potrzebowałam transportu, ale nie do końca wiedziałam, jak to zrobić. Pomyśl, nakazałam sobie, jak by postąpił Astaroth. –Po prostu nie wierzę, że to robię-szepnęłam do siebie, podchodząc do chłopaka.-Potrzebuję transportu-stwierdziłam chłodno.
-Nie jestem taksówkarzem-warknął.
Mówiłam, że to egoista? Przecież ja chcę tylko, żeby mnie podwiózł!
Znów wzięłam wdech, gotowa poszukać kogoś milszego, gdy przypomniało mi się o prezencie od Junony. Nigdy nie sądziłam, że będę na tyle zdesperowana, by użyć czegoś tak okropnego.
Wzięłam wdech i wycelowałam pistolet między oczy chłopaka, którego imienia nie znałam. Nie chciałam mu zrobić krzywdy, ale musiałam dostać się pod tamę.
-To nie była prośba.-Głos mi się trząsł nie tyle co z zimna jak ze strachu.-Wsiadaj do auta i zawieź mnie tam gdzie poproszę-warknęłam.
-Jasne.-Chłopak cofnął się kilka kroków z uniesionymi dłońmi.-Tylko spokojnie.
Jasne, łatwo mówić, gdy jesteś całkowicie bezbronny, uciekając przed monstrami prosto z piekła.
-Wsiadaj do tego cholernego gruchota-szepnęłam, żeby głos mi się nie trząsł. Niestety, to nic nie dało.
Nie wiem skąd się tam wziął, ale zza rogu wysunął się jeden z Umbr. Umbre to tłumacząc z łaciny cienie-stąd ich nazwa. To potwory, których pochodzenie nie jest do końca znane, i są jak już wspomniałam cieniami. Nie takimi jak posiadają ludzie. Byli resztkami Dusz-i od razu zaznaczę, tu nie chodzi o religię, tylko o stworzenia, które zostały w jakiś sposób ukarane, za złe czyny i aby odkupić szukają innych, którzy zawinili, by i oni mogli odkupić winy. Po zebraniu stu takich Dusz- w naszym języku winowajców-byli znów wolni.
Tak, wiem, że to skomplikowane.
Tak czy inaczej parę miesięcy temu wpakowałam się w bagno z ich udziałem. Tak się składa, że szukają Astarotha. On zaś znalazł mnie i nie wiem po co mu byłam potrzebna, ale przez niego musiałam uciekać przed Umbrami. I on i jego siostra  mnie bronili przed nimi (w zasadzie to tylko Junona, bo mówiła, że Astaroth nie może tracić nad sobą kontroli. Jak dla mnie, to on był bezbronny.), tylko że teraz… Teraz byłam sama i musiałam dostać się pod tamę.
Odwróciłam się mimowolnie do Umbry. Napawał mnie przerażeniem. Tyle się nasłuchałam o nich opowieści. O ich okrutnych sposobach zabijania i o tym jak ponoć się czujesz, stając się jednym z nich.
Kątem oka dostrzegłam, że chłopak obok mnie również przygląda się temu czemuś. Zwykle ludzie tego nie widzą, ale gdy byli w moim pobliżu często dziwnie na nich działałam.
Wysoka i ciemna postać sunęła powoli w moimi kierunku. Junona mówiła mi o tym manewrze. Działało to paraliżująco na ofiarę i pozwalało zaatakować bez przeszkód.
Broń wypadła mi z rąk i mogłam już tylko wpatrywać się w przerażającą postać.
Nie wiem kiedy, bo monstrum przebyło dzielący nas odcinek z porażającą prędkością, zobaczyłam jego twarz zazwyczaj niewidoczną pod osłoną cienia. Białą z parą czarnych ślepi i czerwonych ust z mnóstwem ostrych zębisk.
Długie palce demona zacisnęły się na moich ramionach, a czarne ślepia wpatrywały się w moje oczy. Nie miałam czasu nawet zacząć się bać. Jedyne, co zdołałam zaobserwować, że to o czym mi mówili było nieprawdą. Nie czułam bólu. Nie miałam wrażenia, że płonę na stosie lub że ktoś obdziera mnie ze skóry. Czułam się… pusta. Tak, to chyba odpowiednie słowo. Czułam, jak ulatują ze mnie wszystkie uczucia. Wspomnienia, które kiedyś przepełnione były radością, nie ważne jak błahe-pierwsza lalka barbie, którą pomalowałam flamastrem, pierwsza szóstka w szkole lub to jak pierwszy raz słuchałam ulubione piosenki-aż po naprawdę ważne-narodziny mojej siostry, poznanie pierwszych przyjaciół albo pierwszy pocałunek, ku lekkiej ironii z Astarothem właśnie-stały się zimne.
Puste.
I gdy byłam pewna, że to już koniec i resztki mojego ciepła, którym darzyłam moją rodzinę i każdą bliską mi osobę, Umbr opadł z sił i osunął się na ziemię. Mimo mej wątłej wiedzy o tych stworzeniach i wszystkiego, co dotyczyło wymiaru, z którego pochodziły, wiedziałam, że tak nie powinno być.
Nie wiem, czy to adrenalina, czy instynkt samozachowawczy (a może obie te rzeczy naraz), ale coś kazało mi zwiewać.
W dwu susach doskoczyłam samochodu i spojrzałam się na chłopaka.
-Wsiadaj-syknęłam w stronę chłopaka, sama nie czekając na zaproszenie.
-Co to było-szepnął, odpalając silnik. Ręce mu się trzęsły i co chwilę patrzył w tył.
-Jakbym ci powiedziała nie uwierzyłbyś mi.
-Widziałem jak jakiś Dementor wysysał z ciebie życie!-Wrzasnął.
-To nie stwór z Harry’ego Pottera, jasne? To stworzenie, które… Okej, to coś chce nas zabić, a raczej zrobić z nas takie coś jakimi są oni sami. Nic więc nie musisz wiedzieć. Jedyne na czym powinieneś się skupić, to to żeby dowieść mnie w miejsce, które ci wskażę.
-Gdzie?
-Tama Jeffersona.
-To dwa dni drogi stąd!
-Masz tam jechać, czy to dla ciebie jasne? Nic więcej, a mogę ci zagwarantować, że nic ci się nie stanie.
-Nawet nie wiem, kim jesteś.
-Willow.
-Xavier.
Serce z każdą minutą biło mi coraz szybciej. Miałam dziwne przeczucie, że to jeszcze nie koniec. Oczywiście wiedziałam, że to się nie skończy, po tym jak w końcu dołączę do Junony i Astarotha. Moje przeczucie dotyczyło jednak tego, co zdarzy się przed moim dotarciem do tamy.
-Dlaczego akurat tama-zapytał Xavier po dłuższej chwili milczenia.-Co tam na ciebie czeka?
Nie miałam ochoty mu odpowiadać, bo im więcej informacji on posiadał, w tym większym niebezpieczeństwie był.
-Nie powinieneś tego wiedzieć.
-Słuchaj, nie chcę, żeby się okazało, że wiozę tam cię tylko po to, że coś ci się wydaje. Nie będę ryzykował życia dla jakieś babki.
-Nic mnie nie interesuje, co sobie myślisz. Jeśli nie będę przy tamie za dwa dni, to Umbry będą twoim najmniejszym problemem!-Myśl o tym, co Junona mogłaby zrobić w razie mojej śmierci na prośbę swojego brata, przyprawiała mnie o dreszcze.
-Kto tam będzie?
-Astaroth i Junona.
-Nie zmyślaj, co? Którzy rodzice nazwaliby tak swoje dzieci?
W zasadzie to moi towarzysze mieli około trzech tysięcy lat i pochodzili z innego wymiaru.
-Oni nie są stąd.-Odparłam.
Chłopak spojrzał się na mnie.
-Skąd? Kosmici? UFO? Coś tego typu?
-Raczej… Nie mogę ci tego wytłumaczyć. Ja sama nie znam odpowiedzi. Proszę, po prostu jedź, dobrze?
-Jak sobie chcesz-mruknął i docisnął gaz do dechy.
Większość drogi po prostu nic się nie działo. Jechaliśmy pustą szosą i przez chwilę nawet wierzyłam, że może jednak wszystko pójdzie dobrze.
Ale na nadziejach się skończyło.
Była już noc, a Xavier wciąż jechał-nie mogliśmy sobie pozwolić nas postoje. Ja już odrobinę przysypiałam, więc nie zwracałam na nic uwagi. Był to idealny moment by zaatakować i żaden Umbr nie przegapiłby takiej okazji.
Myślami nawet przez moment nie opuściłam tamy Jeffersona. Nie mogłam się doczekać, jak zobaczę Junonę i Astarotha.
I wtedy uderzyliśmy o coś. Przez to, że nie zapięłam pasów uderzyłam głową o przednią szybę i po mojej skroni spłynęłam ciepła krew, zmniejszając moją i tak niewielką widoczność.
Odwróciłam twarz do Xaviera, ale on był nieprzytomny.
-Matko Boska-wyszeptałam, starając się przeciągnąć chłopaka na tylne siedzenia. Gdy mi się udało, sama zasiadłam za kółkiem. To co najpierw? Gaz i sprzęgło? A może sprzęgło i gaz? A co z biegami?
Okej, Willow uspokój się. Nie zapomnij o oddychaniu!
No dobra. Kluczyki? To teraz sprzęgło. Dobrze, spokojnie. Wrzuć bieg, a potem puść sprzęgło i wciśnij gaz.
Udało mi się. Byłam najgorszym kierowcą na świecie, ale mi się udało!
Pewnie gdyby nie lampy, nigdy nie zobaczyłabym, tego ile Umbr nas otacza. Całe setki i przybywało ich coraz więcej.
No to gaz do dechy. Jeśli się zabiję to przynajmniej nie zostanę jednym z nich.
-Chryste, jakim cudem inni potrafią prowadzić-mruknęłam, starając się zapanować nad kierownicą. Co jakiś czas zerkałam nerwowo w lusterko, patrząc jak wiele Cieni mnie goni. Było ich za wiele, byśmy mogli wygrać.
Na szczęście ja nie chciałam wygrać. Chciałam przeżyć.
Gdyby to było możliwe docisnęłabym gaz, bo te stwory były naprawdę cholernie szybkie. Jedyne na co jednak mogłam liczyć to wschód słońca. Z jakiegoś powodu się go bały, ale nigdy nie miałam śmiałości o wypytywanie więcej niż chcieli mi powiedzieć towarzysze.
Tak czy inaczej wschód był przychylny i blask słońca zagościł na niebie szybciej niż zwykle.
Koło południa Xavier się obudził.
-Jesteś okropnym kierowcą-stwierdził.
-To ty się rozbiłeś-odparłam ze spokojem.
-Gdzie jesteśmy?
-O ile się nie mylę to dwie godziny drogi od tamy Jeffersona, ale nigdy nie byłam perłą z geografii.
-Jasne. Mogę poprowadzić? Jeszcze znów się rozbijemy.-Czyżbym słyszała w jego głosie panikę?
-Oczywiście.-Naturalnie zbyt gwałtownie wcisnęłam hamulec i znów uderzyłam czołem o szybę, co jedynie poszerzyło poprzednią ranę. Adrenalina jednak wciąż robiła swoje i nie czułam bólu.
-Masz w ogóle prawo jazdy?
-Nie. Astaroth dał mi lekcję.
-Jedną?

-Tak.-Przesiadłam się na miejsce pasażera i tym razem zapięłam pas. Ciekawa byłam, co teraz się działo z Junoną i Astarothem. Czy nic im nie było? Czy ich też zaatakowano, dlatego nie mogli mi pomóc? Dlaczego nie zobaczyli, że mam kłopoty, choć Astaroth przyrzekł mnie obserwować i dopilnować, żebym żywa dotarła pod tamę?

2 komentarze:

  1. Dość ciekawie się zaczyna. Zobaczymy co dalej :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej! Masz betę? Jeżeli nie chętnie wzięłabym się za twoje opowiadanie :)
    Alicja
    kikyo.beta@gmail.com

    OdpowiedzUsuń